Czerwony dywan rzadko bywa miejscem przypadkowych wyborów. Każda tkanina, linia dekoltu czy upięcie włosów są drobiazgowo planowane, by opowiedzieć konkretną historię. Jednak podczas londyńskiego eventu promującego film Odyseja, uwaga świata nie skupiła się na spektakularnej kreacji Zenday, lecz na jej biżuterii i to z powodów, których prawdopodobnie nikt nie przewidział (?)
W świecie mody Zendaya i jej stylista, Law Roach, słyną z perfekcyjnego opanowania strategii zwanej „Method Dressing” (ubieraniem metodycznym). Polega ona na tym, że na czas promocji filmu aktorka staje się żywym przedłużeniem jego scenografii, klimatu i tematyki. Nie ubiera się po prostu pięknie – ona ubiera się w temat. Skoro premiera dotyczyła Odysei – tytułu nierozerwalnie związanego z antykiem, mitologią i epicką historią – intencja stylistów była wręcz podręcznikowo spójna:
Uosobienie żywej historii: Zendaya miała wyglądać jak antyczna bogini lub posąg wyciągnięty wprost ze starożytności, a nie tylko jak współczesna gwiazda kina.
Dosłowność materiału: Zamiast zakładać biżuterię jedynie inspirowaną przeszłością, styliści postanowili pójść o krok dalej i użyli prawdziwej historii – 3000-letnich, autentycznych artefaktów. To miał być ostateczny hołd dla tematyki filmu.
Aktorka pojawiła się w kolczykach projektu Glenna Spiro, w których połączono współczesne rzemiosło z autentycznymi, starożytnymi złotymi dyskami sprzed trzech tysięcy lat. Wizualnie był to absolutny majstersztyk. Minimalistyczna, jasna suknia dopełniona tak potężnym, historycznym akcentem, miała uosabiać dostojeństwo, mądrość i głęboki szacunek dla przeszłości.
Zamiast zachwytów, w świecie sztuki i archeologii wybuchła jednak burza wokół pochodzenia tych antyków. Dla mnie ta sytuacja jest doskonałym dowodem na coś, o czym mówię od dawna: biżuteria nigdy nie milczy – zawsze opowiada jakąś historię. Jeśli jej nie kontrolujesz, wyśle w świat swój własny komunikat. Zespół aktorki skupił się na komunikacie wizualnym, zupełnie ignorując potężny, niewidzialny przekaz tych konkretnych przedmiotów.
Kiedy historia rzeczy kłóci się z intencją
Wątpliwości wokół kolczyków Zendayi nie dotyczyły ich estetyki, lecz pochodzenia – czyli tego, co w świecie sztuki i jubilerstwa nazywamy proweniencją. Medaliony te to starożytne zabytki pochodzące z Bliskiego Wschodu, które nie posiadają udokumentowanej ścieżki własności. Brak takich dokumentów na rynku sztuki niemal zawsze rodzi podejrzenia o nielegalne wykopaliska.
Kiedy tak unikalny obiekt staje się nagle ozdobą na czerwonym dywanie, natychmiast uruchamia to wrażliwą dyskusję o prawie narodów do ich własnego dziedzictwa. Tym bardziej, że mówimy o zabytkach z regionu, którego kultura od lat jest pod szczególną ochroną.
W tej historii kryje się jeszcze jeden, niezwykle ironiczny detal, który obnaża brak wizerunkowej spójności. Te starożytne tarcze zdobi wyraźny motyw solarny. W I tysiącleciu p.n.e. w Mezopotamii reprezentował on boga słońca, Szamasza. Szamasz był jednak przede wszystkim bogiem prawdy, sprawiedliwości i prawa – tym, który widzi każdy występek. Założenie symbolu najwyższej etyki i absolutnej prawdy, podczas gdy sam obiekt pochodzi z szarej strefy i budzi etyczny sprzeciw, to podręcznikowy przykład wizerunkowego zgrzytu.
Nawet diamentowa obwódka z 18-karatowego kruszcu, w którą oprawiono antyczne złoto, nie była w stanie złagodzić tego dysonansu. Surowa historia tych tarcz okazała się głośniejsza niż współczesny luksus.
Kiedy komunikat rzeczy, którą nosisz, kłóci się z intencją – wizerunek i efekt się rozlatują i zamiast dostojeństwa mamy pytania o etykę.
Nasz ludzki mózg jest ewolucyjnie zaprogramowany do wychwytywania mikroskopijnych niespójności. Jeśli werbalnie deklarujemy klasę i profesjonalizm, a detal, który wybieramy, niesie ze sobą ładunek wątpliwości etycznych – cały misternie budowany autorytet pęka w ułamku sekundy.